sierpniowy Blanc i Gran Paradiso

W ostatni dzień sierpnia w ramach urlopu udało mi się wyjechać z 16 osobami w Alpy. Celem wyprawy były dwa szczyty Gran Paradiso 4061m. n. p.m. oraz Mont Blanc 4810 m n.p.m. Po przyjeździe do doliny Aosty do miejscowości Pont zrobiliśmy szybki przepak i koło godziny 14ej wyszliśmy w kierunku schroniska Rifugio Vittorio Emanuelle II a następnie około 300 metrow za nie żeby rozbić namioty. Już przy probie rozbicia pierwszego zostaliśmy poinformowani że jest to park narodowy i nie można rozbijać namiotow. Została więc opcja pod chmurką. I było to rewelacyjne rozwiązanie. Puchowe śpiwory dały radę. Do wody było ok 50 metrow, więc na bivacco miejsce idealne.

alt

biwak...?

O godzinie 4-tej pobudka i wyjście na szczyt. Powoli jak na Krupowkach wmieszaliśmy się w tłum ciągnący w świetle czołowek na szczyt. Gdy się rozjaśniało dochodziliśmy do miejsca, gdzie w końcu trzeba było założyć raki Troszkę lodowcem, troszkę ferrratowo posuwaliśmy się w stronę szczytu. Podzieliliśmy się na 3 grupy powiązani linami po 5- 6 osob. Na szczycie stanęliśmy wszyscy. W pięknej pogodzie i rewelacyjnej widoczności. Przy zejściu urozmaiciliśmy sobie drogę, idąc lodowcem przeskakując przez poprzeczne szczeliny. Piękna kolorystyka bieli, wpadająca w błękit i w ogole. Aż chciało się zjechać do środka. Przy schronisku nocleg pod chmurką i rano do aut, a następnie 80 km do Chamonix.

alt

szczyt Gran Paradiso

alt

10 minut od szczytu GP

alt

szczelinka pod Mount Blanc

alt

do Goutiera

W Chamonix rekonesans po sklepach gorskich. Msza celebrowana przeze mnie i Kocura za pomyślność wyprawy. Następnie udaliśmy się do Les Houches ( po naszemu Le Susze) i tam nocleg na campie. Na drugi dzień wyjazd kolejką i pociągiem do La Station Mont Lachat. Stamtąd piechotką 3 godziny z hakiem do Tete Rousee. Tam na kamieniach wygodnych bo płaskich, rozbijamy namioty i w deszczu czekamy na natępny dzień. Na miejscu miłe spotkanie. Ekipa z Bieszczad a w niej stary poczciwy Tomek Jędrusiak. Pomogł mi wnieść plecaki dla dwoch osob. Po ktore zeszliśmy około kilometra. Tomek wracał ze szczytu. I Tutaj oficjalnie DZIĘKUJĘ TOMKU ZA POMOC. Chłopaki zeszli na doł, my w deszczu przeczekaliśmy noc i koło południa w deszczu wyszliśmy do Gutiera (Gouter). 4 godziny pod gorę, deszcz przestał padać i zastąpił go śnieg. Dochodzimy do Goutiera. Nocleg- większość w pokojach, i nasza piątka koczująca w przedsionku. 1,5 godziny snu bo zimno. Gotowanie. Pakowanie. Wyjście 3:45. Po drodze zawraca Monika- niestety za wysoko i źle się czuję. A my jak te wielbłądy w karawanie. Wziąłem sobie do serca słowa przyjaciołki, Agnieszki Nieciąg, ktora mowi zawsze kursantom, że €žjak nie wiesz co zrobić, idź do gory. Z niebem się jeszcze nikt nie zderzył€. Przez cały wyjazd nie wiedziałem co robić więc szedłem do gory. W walocie na 4300 chwila przerwy na ogrzanie i zostawienie zbędnych placakow. Pogoda piękna, tylko wiatr powyżej 70 km/h i okazuje się że z Valota na gorę wychodzą tylko Crazy Polish Group- jak nas potem nazwali. O godzinie 9:5- do 10:10 wszyscy stajemy na szczycie. Wino, taniec, śpiew, frytki. No dobra tylko wino. I schodzimy na doł. Nie wiem czemu ale dużo szybciej niż pod gorę.Po drodze Kocur zbacza a my razem z nim na Dome du Gouter 4304 m n.p.m. i w ten sposob niewielkim wysiłkiem zaliczamy dodatkowy czterotysięcznik UIAA. Dochodzimy do Goutiera- tam piwo. Potem dalej w doł do namiotow na Tet Rose.

alt

Tete Rousee

alt

chłopaki...i celebracja...

Nawet przeschły. Wino, spanie, pakowanie, wyjście. W 1,5 godziny pierwsza dwojka dochodzi do pociągu. I potem w doł i doł. Wino, Whiskey i wspinanie na drzewo. Odpoczynek. Kąpiel. Powrot, 20 godzin i już śmieci z polskimi napisami leżąc na chodniku witają bohaterow.

opisał Miłosz

Filmik z wyjazdu:

https://www.youtube.com/watch?v=MNEJkBTnh2I

Poprawiony (piątek, 30 września 2016 11:44)