Gruzja górsko i nie tylko:)

Tym razem w ramach letniego "wypoczynku" wybór padł na Kaukaz a właściwie na Elbrus i Kazbek.

Ponieważ wyjazd był już wcześniej planowany przez kolegów z sekcji Wadowickiej (Mateusza, Kubę i Piotra) postanowiliśmy z Marcinem dołączyć do chłopaków i wybrać się wspólnie.

Wszystko działo się gdzieś pomiędzy 14.07 do 27.07. Wiedząc, że pogoda nie rozpieszcza zarezerwowaliśmy sobie aż 2 tygodnie w razie gdyby były problemy z wyjściem do góry.
Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę ale po kolei.

Żeby zaoszczędzić na tułaczce po Gruzji wybraliśmy nocny lot z Warszawy do Tbilisi.
Na szczęście parę spraw logistycznych udało się już nam ogarnąć wcześniej z Polski także zaraz po przylocie czekał już na nas Ziomek, który prowadzi na miejscu znany w polskich kręgach hostel.

W Tbilisi zaopatrzyliśmy się w niezbędne butle z gazem, jedzenie, "płyny" oraz lokalną kartę tel.
Tutaj mała dygresja. Jeśli chodzi o gaz to przestrzegam przed zakupem wersji tzw. letniej (summer version)!!!.
Nie sprawdziliśmy tego i później podczas akcji górskiej zapłaciliśmy frycowe.

Zagotowanie jednego Jetboila trwało około godziny... TRAGEDIA!!!

Z kolei karta telefoniczna oprócz lokalnego dzwonienia jest też zdecydowanie tańszą opcją kontaktu z Polską... polscy operatorzy stosują praktyki złodziejskie więc o cenie nawet nie będę wspominał.

Z Tbilisi wynajętym taxi pojechaliśmy do Kazbegi do równie znanego Pana Wasilija.
Od razu uprzedzam, że z uwagi na ograniczoną ilość czasu nie stosowaliśmy wersji ekonomicznej transportu.


 

 

Ponieważ wiedzieliśmy, że w najbliższych dniach pogoda na Kazbeku będzie tragiczna a okno jest na Elbrusie zdecydowaliśmy, że zaczniemy w tej kolejności.
Wizy rosyjskie, bez których się nie obejdzie, załatwił wcześniej Mateusz.
Wieczorem Wasilij zorganizował casting na na nowego Kierowcę i jego furę, nie wybrzydzaliśmy wybraliśmy pierwszego z brzegu. Urzekła nas jego biała Wołga w wersji kombi:)))

Idealna do transportu 6 osób z tobołami:)))

 

Rano zgodnie z przepowiednią pogoda się "załamała".

Nasz nowy Przewodnik na dzień dobry dostał ksywę "Buźka" a to z powodu dużego podobieństwa do swojego protoplasty:)))

http://stopklatka.pl/news/richard-kiel-slynne-szczeki-buzka-z-filmow-o-bondzie-nie-zyje

Na początku myśleliśmy o wyjeździe wcześnie rano ale lokalsi szybko sprowadzili nas na ziemię.

Przejście graniczne, jak za starych dobrych czasów, czynne jest od 7.00 do 20.00 a był to dopiero pierwszy problem. Drugi to kolejka do granicy, panujący tam chaos i wszędobylskie łapownictwo rosyjskich mundurowych.

Tutaj dopiero doceniliśmy kreatywność naszego kierowcy... po około 2 godzinach byliśmy po drugiej stronie!!! To był majstersztyk w jego wykonaniu:)))

Był też problem z wizą Kuby ale o dziwo obyło się bez wkładania banknotów do paszportu.

Podróż przez Rosję to oprócz standardowych obrazków pasmo notorycznych kontroli drogowych i łapówek. Buźka byl ponad to... nie zapłacił ani grosza haraczu:)))

Pomimo, że google maps podaje, że droga powinna zająć około 4 godzin nam zeszło ponad pół dnia i ledwo zdążyliśmy na kolejkę w Azau.

Zależało nam żeby jeszcze tego samego dnia wyjechać do góry i łapać aklimatyzację.

Pierwszą noc spędziliśmy na 3.850m z krótkim wyjściem do 4.300m. Pogoda była idealna tak jak w prognozie!!!

Rano spakowaliśmy graty i ruszyliśmy wyżej. Dobre miejsce na kolejny biwak znaleźliśmy z Marcinem właśnie na 4.300m ale chłopaki zdecydowali, że to za nisko i ciśniemy wyżej... jak się później okazało za wysoko. Wyszliśmy powyżej skał Pastuchowa na okolo 4.750m i na uciupanych w pocie czoła platformach rozstawiliśmy namioty a właściwie to jeden namiot i drugi "chochoł".

Po obiedzie podeszliśmy jeszcze na 5.000m żeby złapać trochę wysokości.

Niestety po powrocie okazało się, że wybrane przez nas miejsce ma dosyć duży minus...

jest narażone na duży wiatr i wszystko co się z tym wiąże czyli grudy lodu i luźny śnieg.

Noc była katastrofą!!!

Osobiście nie zmrużyłem oka walcząc do rana z zasypującym nas śniegiem i pilnując żeby wichura nie porwało "chochoła".

Jak rano przyszedł czas na wyjście to czułem się tak jakbym właśnie wrócił ze szczytu:(((

Reszta miała więcej szczęścia i trochę podrzemali. Pozostało jeszcze spakować nasze zielone cudo

i razem z pozostałymi plecakami wrzucić wszystko do namiotu Mateusza tak żebyśmy mieli do czego wracać.

O dziwo mimo niewyspania wejście na szczyt poszło nam sprawnie i po 3,5h ja i Marcin byliśmy na miejscu:) Pogoda była przepiękna więc oprócz obowiązkowej sesji zdjęciowej przyjemnie poleniuchowaliśmy.

W drodze powrotnej spotkaliśmy Kubę, Piotra i Mateusza, którzy wyszli nieco później. 

Na przełęczy Marcin czuł się na tyle dobrze, ze zdecydował sie jeszcze na wejście na wschodni wierzchołek... ja nie byłem w stanie:(((


 


 

Po dojściu do obozu zabraliśmy nasze graty i zeszliśmy do miejsca naszego pierwszego biwaku. Tam dołączyła do nas reszta ekipy.

Zadzwoniliśmy też do Buźki i umówiliśmy się z nim w Nalczyku na transport powrotny.

Wiedzieliśmy, że jak przyjedzie do Azau to się nie wyrobimy i zamkną nam granicę a noc w tym niezbyt przyjemnym miejscu nie była wskazana, że o stracie dnia nie wspomnę.

Zjechaliśmy więc rano kolejką na dół i wzięliśmy marszrutkę do Nalczyka. Niezawodny Buźka czekał na miejscu:))) Po drodze we Władykaukazie wstąpiliśmy do polecanej przez niego restauracji uzupełnić stracone kilogramy i nie tylko...:)))

Wspominałem już, ze Buźka był mistrzem przejazdu przez granicę ale to co zrobił w drodze powrotnej to było Mistrzostwo!!! Kiedy się już oswajaliśmy z myślą, że jednak się nie uda Buźka wykonał parę manewrów i 20 minut przed zamknięciem stawiliśmy się na kontroli!!! Potem pozostało "świętowanie" u Wasilija a rano... do góry, okno pogodowe przeniosło się z Elbrusa na Kazbek:)))

 

Wymęczeni po 3 dniach działania na Elbrusie zdecydowaliśmy się skorzystać z wersji "na leniucha". Wynajęliśmy konika, który zaniósł na grzbiecie nasze największe toboły do bazy w meteo.

Przy okazji razem z Marcinem przeżyliśmy "wielką Pardubicką" czyli my kontra koniuszy o imieniu Pato.

Chłopaki powiedzieli żebyśmy pilnowali plecaków no to staraliśmy się nie stracić naszego konika z oczu. Już na początku wydawało mi się, że coś tutaj nie pasuje a tempo jakie nałożył Pato jest co najmniej szalone. Dzielnie jednak dotrzymywaliśmy mu kroku pomimo, że wyczuwało się w powietrzu "feromony" rywalizacji:))) Żeby uzmysłowić o czym mówię napiszę tylko, że trasę z 2180m na 3680m (przewyższenie 1500m) Pato pokonuje w około 3h!!! Pewnie jakoś byśmy stawili mu czoła ale spryciarz "zgubił" nas na przeprawie przez potok lodowcowy. Przeskoczył go w takim miejscu, że zwątpiliśmy a jak już znaleźliśmy lepsze miejsce, śladu po Pato nie bylo:)

 

Baza w meteo to generalnie mało ciekawe miejsce. Oprócz pozostałości po stacji, które zostało zaadoptowane na cele sypialne przez zaradnego lokalsa John'ego, wokół panuje wszechogarniający delikatnie mówiąc bałagan. Pobyt tam skróciliśmy więc do niezbędnego minimum.


 

Po południu wyszliśmy jeszcze aklimatyzacyjnie do tzw. białej cerkwi na jakieś 4.000m. Po zrobieniu niezbędnego wywiadu z tymi którzy już byli u góry zdecydowaliśmy się na wyjście w nocy o 2.30. Nie znaliśmy drogi przez lodowiec więc chcieliśmy się podczepić pod jakąś grupę, która już tam była. To tyle teorii a w praktyce wyszło tak, że po 2 godzinach minęliśmy wszystkich, którzy byli przed nami i od przełęczy podążaliśmy już samotnie. Szczyt to lekkie rozczarowanie... kompletnie nic tam nie ma, oprócz śniegu oczywiście:)

Powrót do bazy w pełnym słońcu to istna masakra. Zaraz po przyjściu spakowaliśmy manatki i jeszcze tego samego dnia zameldowaliśmy się u Wasilija na 1720m:))) Mówiąc szczerze szybkość z jaką udało się nam wejść na oba szczyty (w sumie 6 dni) trochę nas zaskoczyła. Połowa wyjazdu a tu pojawia się pytanie co dalej??? Pomysłów było kilka od trekingu w Parku Narodowym Tuszeti po wylegiwanie się w Batumi. Skończyło się na powrocie do Tbilisi, pozostawieniu niepotrzebnego sprzętu w hostelu u Ziomka i wyjeździe na głęboką prowincję czyli gdzieś pod Azerską granicę do miejscowości Udabno. Przy okazji zwiedziliśmy również miejscową atrakcję czyli David Gareji https://pl.wikipedia.org/wiki/Dawit_Gared%C5%BCa

 

Wybór Udabno nie był przypadkowy. Po siedzeniu w górach chcieliśmy odpocząć gdzieś w spokoju a to było idealne miejsce, poza tym jest tam też przyjemny hostel, który prowadzi nomen omen kolejny Polak. Plan był na jedną noc ale było tak fajnie, że zostaliśmy jeszcze jedna a korzystając z okazji wyprawiliśmy koledze Mateuszowi "dien rażdienia":))) Wspólnymi siłami oprawiliśmy lokalną świnkę, pospawaliśmy rożen a wieczorem odbyła się feta na którą załapali się wszyscy obecni Wczasowicze:)))


 

Z Udabno pojechaliśmy do Sighnaghi czyli przepięknego miasteczka położonego gdzieś w centrum gruzińskiego winiarstwa czyli Kachetii. Tam wybraliśmy się na wycieczkę do oficjalnego muzeum winiarstwa, prywatnego z degustacją i... nad sztuczne jezioro:))) Nasz przewodnik zawiózł nas tam  przekonany, że to będzie "gwóźdź programu" ale tak naprawdę to za bardzo nie wiedzieliśmy o co w tym wszystkim chodzi... zalatywało lekka tandetą.


 

Po powrocie zaliczyliśmy jeszcze kolację z serii "bratanie się narodów" a rano po śniadaniu włóczyliśmy się po okolicy.

 

Po południu za pomocą marszrutki wróciliśmy do Tbilisi do naszego hostelu. Resztę czasu spędziliśmy na zwiedzaniu stolicy w wersji "nocnej"...

... i dziennej...


 

... a w niedzielę wieczorem nadszedł czas powrotu:)))

Podsumowując wyjazd ....to z serii tych "życiowych":)))


 

Spisał AlaN S.

 

P.S. Wszystkie wykorzystane zdjęcia autorstwa niezastąpionego Marcina T.!!!

 
 
 

Poprawiony (wtorek, 06 października 2015 09:18)