Tury Popradskie Pleso

W dniach 9.04-12.04.2015 w 7-sobowym gronie tj. Rafal D., Maciek S., Marcin T., Adam T, Lukasz G., Szymek S. i Alan S. spędziliśmy czas na przyjemnej "eksploracji turowej" dolin w okolicy schroniska przy Popradskim Plesie.

 

Nasz wyjazd był... no właśnie, na pewno długo planowany, z małymi zmianami (oryginalnie miała byc Terinka ale nie było juz wolnych miejsc) a potem jak zawsze do konca wyczekiwany czy na pewno sie uda. Tuz przed naszym terminem pogoda nie rozpieszczała, dosypało z pół metra sniegu i zrobila sie porzadna, lawinowa trojka. Wisialo w powietrzu, ze nigdzie nie pojedziemy a tu taka NIESPODZIANKA... w dniu naszego wyjazdu wyszlo slonce i tak przez 4 dni nie chciala go zadna chmurka przyslonic co dla niektorych okazalo sie "zabojcze":)))

Dzien 1.

Z Bielska wyjechalismy w srodku nocy gdzies o 3.00, niektorzy spali ledwie 1,5 godziny:( Po drodze pozbieralismy Szymka i Marcina a kiero Maciek uwinal sie sprawnie i okolo 7.15 bylismy na rogatkach drogi na Popradskie Pleso. Oczywiscie na poczatek zawsze musi byc jakis maly "zonk"... tym razem okazalo sie, ze nie dostaniemy zgody na wjazd pod schronisko bo nie mamy napedu 4x4!!! Pana nie przekonywaly zapewnienia, ze sa lancuchy i ze bierzemy to na wlasna odpowiedzialnosc, dopiero po wyslaniu na dol zwiadu dal "zielone swiatlo". Jak zawsze postraszyli nas wszystkimi mozliwymi "kleskami", ktore nas czekaja po drodze ale jak sie pozniej okazalo poza jednym momentem "zaskoczenia" jechalo sie jak po przyslowiowym "masle". Na miejscu wypakunek rupieci, szybkie sniadanie, przepak gratow do wlasciwego plecaka, foczki na narty i... jazda!!!   Dzien ten przeznaczylismy na szeroko pojety rekonesans. Chcielismy sprawdzic jak wyglada sytaucja lawinowa, ile naprawde jest sniegu, co potencjalnie mozna zjechac a takze przecwiczyc pare patentow z autoratownictwa po wpadnieciu do szczeliny na lodowcu. Z tego ostatniego punktu powstalo spora dokumentacja zdjeciowa dla wiadomo kogo... Po leniwym poczatku i zrobieniu testow lawinowych stwierdzilismy, ze nie jest wcale tak zle jak oficjalnie pisza w zwiazku z czym podzielilismy sie na dwie grupy. Podobnie jak 2 lata temu ja z Marcinem poszedlem od razu w zleby a pozostalo 5 na Siarkanska Przelecz podelektowac sie Krajobrazem:))) Na dzien dobry wybor padl na zleb Zadnia Lavka w Kopkach. Wspinalismy sie nim po pas w sniegu a jak juz stanelismy na szczycie to sie okazalo, ze jest dosyc stromy i... bardzo waski:((( Zawsze na poczatek dobrze sie "rozjezdzic" a tu od razu taka sciana... duzo stresow mialem po drodze:) Jak juz go zmeczyslimy dolaczylismy do reszty chlopakow gdzie wspolnie z 2 godziny cwiczylismy wspomniane autoratownictwo.  Nastepnie grupa Macka pozbierala plecaki i pojechala do schroniska a my z Marcinem pod nastepne "wyzwanie" czyli Nizna Popradska Strbina. Tym razem bylo tak jak kazdy lubi... migiem do gory, tam chwila relaksu w sloneczku, wyszukiwanie "tematow" na dzien jutrzejszy a nastepnie piekny zjadz na dol!!! To bylo bardzo fajne zakonczenia meczacego dnia. W schronisku juz tylko zasluzone piwo i porzadna kolacja, troche dyskusji/planow i do lozka. Wszyscy byli tak zmeczeni, ze o ??.00 zgodnie "pilowalismy".

Dzien 2.

Pobudka o standardowej porze... i od razu duzo smiechu:))) Jak zobaczylem facjaty Kolegow po wczorajszym opalaniu to myslalem, ze sie ze smiechu poskladam... Murzyny pelna geba:)))  A to byl dopiero pierwszy dzien!!! To jak wygladalismy po czterech nie bede opisywal... niektorzy do tej pory "swieca" bezcennym i jedynym w swoim rodzaju wzorem opalenizny:)))  Jako, ze wybralismy noclegi ala "all inclusive" czyli z pelnym wyzywieniem sprint na stolowke i sniadanie. Potem juz tylko foki na narty i naprzod. Po wczorajszym rekonesansie postanowilismy pojsc do doliny obok czyli Rumanowej. Na dzien dobry, tuz po wyjsciu, maly szok... Pan Filanc podchodzi z zaskoczenia informujac nas, ze wlasnie znajdujemy sie w rezerwacie i poza "pokuta" dalej nie pojdziemy!!! Pelna konsternacja, konwersacje przejmuje Marcin czyli "kolega po fachu". Po 10 minutowej wymianie "uprzejmosci" konczy sie na 10 EUR na 7 osob plus pozwoleniem na dalsza eksploracje upatrzonych zlebow... nie ma to jak "dar przekonywania":))) Coz dzien zaczal sie niefajnie ale jak sie pozniej okazalo "milego zlego poczatki". Na pierwszy rzut rozgrzewka czyli zleb z Nižnej Zlobnej Strbiny. Pogoda piekna, snieg idealny po zjezdzie chwila oddechu i wzrok pada na sciane obok, tym razem spod Zlobnej Strbiny... dalej idealnie!!! Po zjezdzie pozegnalismy sie z grupa Macka i poszlismy dalej na przelecz pod Kozia Straznica skad zjechalismy do Lodowej dolinki... pieknie. Tutaj juz na lekko zdecydowalismy sie podejsc kawalek do wylotu zlebu z Lucne Sedlo (Stwolska Przelecz) ale tak sie dobrze szlo, ze w koncu wpakowalismy sie w gorne partie. Niestety warunki sie mocno pogorszyly tzn. zrobilo sie strasznie lawiniasto i musielismy odbic w lewo, "przewspinac" sie przez jeden prog skalny a pozniej kluczyc od kamieni do kamieni zeby przejsc bezpiecznie gorne pole sniezne. Oczywiscie prowadzil Marcin, ktory pomimo zastanej sytuacji idealnie wynajdowal wlaciwa droge. Po chwilach strachu przyszedl czas na chwile... no wlasnie, na zakonczenie dnia. Pozniej juz tylko ostatnie szusy do schroniska i kolejne zasluzone piwo! Tym razem wieczorkiem rozstawilismy Rafala zestaw do pokerka i troche sie zasiedzielismy... nawet udalo mi sie wygrac:)))

Dzien 3.

Pobudka o stalej porze poza 3 Kolegami (Rafal, Maciek, Marcin jako fotograf), ktorzy zerwali sie skoro swit z zamyslem powspinania sie na sasiadujacym ze schroniskiem soplu lodu:) Coz, rozczarowanie bylo spore jak sie okazalo, ze po pierwszym "czarodziejskim" dotknieciu czekanem cale "lodowisko" oberwalo sie i spadlo do podstawy sciany (ups!). Nie pozostalo nic innego jak poszukac czegos bardziej "stabilnego" a wybor padl na sasiedni skalny kominek, jak sie pozniej okazalo droga........ Tak uplynal czas do sniadania i wlasciwej pobudki! Nie ukrywam, ze tym razem ciiiiiezko sie wstawalo. Jakos dziwnie "ciazyla" glowa i bynajmniej nie bylo to spowodowane wysokoscia... czyzby to wczorajsze zwyciestwo w pokera???:)))  Nasz plan (Marcina i moj) byl taki zeby w koncu zrobic cos bardziej ambitnego. Wybor padl na zachodnia sciane Rysow a pozniej zobaczymy "jak bedzie zarlo":))) Chlopaki z kolei zasadzali sie na ......... Wyszlismy wczesnie ale jakos wyjatkowo nie szlo sie zbyt dobrze (przynajmniej mi) a poranne betony  tez nie pomagaly. Po godzinie doczlapalismy pod prog skalny. Tam chwila na oddech, zamiana nart na raki i jazda do gory juz w pelnym sloneczku:))) Tego chyba bylo mi trzeba bo od tej pory zrobilo sie bardzo przyjemnie, mijalismy po drodze kolejnych turystow a po 1.5h bylismy na miejscu... sami:))) Troche poleniuchowalismy a pozniej polaczylismy sie przez radio z grupa Macka, ktorzy wypatrywali nas z miejscowki po drugiej stronie doliny. Poniewaz zjezdzalismy ta trasa pierwszy raz umowilismy sie, ze Maciek bedzie nas nawigowal tak zebysmy sie nie wpakowali w klopoty (czyt. jakis podciety zleb). Jakiez bylo nasze zdziwienie jak tuz przed rozpoczeciem zjazdu od strony polskiej wylonilo sie nagle 2 Slowakow. Pisze zdziwienie bo byla to kopia sytuacji sprzed 2 lat kiedy przed zjazdem Rysa spotkalismy na szczycie 3 Polakow. Krotka wymiana "uprzejmosci i jazda na dol, pierwsze pole po szczytem rewelacja, warunki super, potem juz za komendami Macka trawers w lewo i kolejny zleb, trawers w lewo i kolejny zleb az do momentu kiedy sie okazalo, ze mamy do pokonanie maly prog skalny, ktory nie jest zasypany sniegiem!!! Zaczely sie kombinacje, szukanie czegos z boku, to po lewej to po prawej... konsternacja. Trzeba bedzie "sieknac" go jednak na wprost. Przez chwile bylo bohatersko... biedne narty, tylko sie iskry posypaly.   Potem juz tylko przyjemne szusowanie na wylocie zlebu i zasluzony odpoczynek na wygrzanym kamieniu dokad dojechali do nas pozostali Koledzy.   Poniewaz bylo mega cieplo a snieg zamienil sie w cos co bardziej przypominalo kaszke manna... postanowilismy z Marcinem, ze trzeba szukac czegos w cieniu czyli na wschodniej albo polnoncej scianie. I tak po krotkiej dyskusji wybor padl na zleb spod Szataniej przeleczy:))) Szybko pozegnalismy sie z Ziomkami i w droge. Musielimy przejsc do doliny obok wiec troche czasu nam to jeszcze zajelo. Na miejscu szybki rzut okiem na wyzwanie i juz "na lekko" do gory, poczatkowo na nartach (Marcin "pilowal" prawie do konca:), pozniej z buta. Dobrze, ze przed nami wczesniej ktos szedl bo moglem skorzystac z gotowych stopni. Niestety, w gornej czesci slad sie konczyl i pozostalo torowanie w sniegu po pas:((( Trudy zostaly nagrodzone u gory, zarowno widokami jak i pieknym zjazdem. Pozniej leniwe szusy do schroniska i... zasluzone piwo:))) Tym razem przegralem wieczornego pokera:(((

Dzien 4.

... czyli powrot do domu:((( Od rana jakos takos pogoda nie rozpieszczala. Bylo mgliscie, z nieba kapalo... jednym slowem do bani. No i zalapalismy podobne klimaty bo padlo haslo, ze wsiadamy w busa i jedziemy do domu. Jak zawsze kazdemu sie nagle zaczelo spieszyc a z drugiej strony gory pod nosem, caly dzien do dyspozycji a tu tak od razu do domu??? Na szczescie dla mnie, Marcina i Adama jak juz pakowalismy klamoty nagle wyszlo sloneczko, Maciek podsunal fajny pomysl i 5 minut pozniej w trojke stalismy na nartach z duzymi bananami na twarzy:))) Plan byl taki zeby zjechac przez Zelazne Wrota do doliny Litworowej a pozniej dalej Bialej Wody na Lysa Polane skad Chlopaki nas zabiora. Super plan na zakonczenie super wyjazdu!!! Poniewaz nie chcielismy zeby czekali zbyt dlugo sprintem weszlismy na Zelazne Wrota potem zjechalismy na druga strone a pozniej chyba z 2 godziny ... wleklismy sie niekonczaca sie dolina Bialej Wody. Myslalem ze zwariuje od odpychania sie kijkami... gora dol, gora dol i tak bez konca:((( Nikomu nie polecam, odcinka od Taborzyska po Wysoka:((( Poniewaz jest to teoretycznie dolina zamknieta dla ruchu skiturowego przy wylocie "przydybal" nas nie kto inny jak lesniczy Martin. I znowu musielismy "uzyc" Marcina, ktory po wymianie kilku zdan "rozladowal" niepotrzebne napiecie Pana Lesnika... a juz od progu domu wolal zebysmy szykowali karty taternickie albo dowody:)))  W tym samym czasie chlopaki czekali juz na nas niecierpliwie co chwile zagadujac na radiu kiedy bedziemy. Jak juz sie doczolgalismy na parking mialem naprawde dosc... ale bylo warto!

Potem tradycyjnie zasluzone piwo i podroz powrotna wesolym busikiem!

Spisal Alan

Wiecej zdjec w galerii.

 

 

Poprawiony (poniedziałek, 11 maja 2015 06:18)