Elbrus 2014

Wyprawa na Elbrus, maj 2014, dla mnie zaczeła się jeszcze w Tatrach na wypadzie jaskiniowym w marcu, od słowa do słowa z kumplem dowiedziałem się, że ferajna głównie z klubu Wałbrzyskiego w maju ponownie rusza do Rosji, żeby wejść na Elbrus 5642 m.n.p.  2 lata wcześniej ze względu na czynniki atmosferyczne nie udało im się zdobyć góry.

Już nim żyłem, jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem do Sławoja kierownika wyjazdu, no i zaczęło się, foto, wniosek o wydanie wizy kasa, termin wyjazdu 15 – 27 05 2014 machina ruszyła, wiza dość szybko wydana, bilet lotniczy Wrocław, Monachium, Moskwa, Mineralne Wody. Dni do wylotu mijały niepostrzeżenie, po drodze szukałem wsparcia finansowego, udało się zebrać, dziękuję tym, którzy mnie wsparli! – bo bez tego ani rusz z Budzowa.

Dzień przed wylotem pakowanie się, oczywiście jak zwykle „ na wariata”. Zakupy+ serwis nart, waga plecaka 20 kg, podręczny 3 kg, łyży z pasami i kijami 7 kg, ufff wszystko w limicie wagowym. Ekipę w większości poznałem na lotnisku w Monachium, wyglądali tak jakby wracali z wyprawy górskiej i ruszali na następną.

Pozostanie w mojej pamięci podróż do Rosji, w góry Kaukazu, krainy Bałkarii, doliny Baksanu, Moskwa o drugiej w nocy – imponująca, busem rosyjską Gazelą z Mineralnych Wód do Azau w górach, która trzymała w napięciu, a zwłaszcza w momentach kiedy to inne pojazdy  wyprzedzały nas „ na trzeciego”, równocześnie lewym jak i prawym poboczem! Po około 200 km zaczęły wyrastać góry – góry biedy, góry opuszczonych fabryk i góry złomu, skrzętnie wykorzystywanego na ogrodzenia zagonków i pastwisk, góry o wyraźnie widocznych warstwicach, wydeptanych przez zwierzęta – krowy są wszędzie. Neutrino, miejscowość niedaleko Azau to nasza baza u Walerego, blokowisko jak w dawnych PGR-ach dla kilkuset mieszkańców dziś, żyje tam kilkudziesięciu. W Neutrino znajduje się nadal instytut badający cząsteczki kosmosu neutrino. Przez bazę przewija się trochę ludzi, jest ona może trochę „zapeziała”ale da się żyć.

alt

Pierwszy planowany dzień, wyjście aklimatyzacyjne z noclegiem na Pikiet 105 wysokość około 3500 m.n.p. , stare opuszczone schronisko, pierwsze zgrzyty, w sumie ładna wycieczka. Pojutrze kolejna aklimatyzacja, nocleg na Prijucie 11 - 4040 m.n.p. z wyjściem na 4800 m.n.p. do skał Pastuchowa. Wyjście trudne, silny wiatr, śnieżyca, brak widoczności nie sprzyjały wyjść wyżej. Nocleg aklimatyzacyjny w silnym wietrze dawał się we znaki, a na dodatek urwał wrota do kibla, dnia następnego jakby trochę zelżał, a bynajmniej nie wyrywał drzwi z rąk, nadal mgła!, Pogoda zmusza nas do zjazdu na dół, w oczekiwaniu na „gazelę” czas umilał nam koniak – samopał – pyszny! 1,5 litra w butelce po wodzie mineralnej szybko się rozszedł, jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się do sauny w Neutrino, ktoś rzucił hasło „idziemy w kaskach” oj było bardzo wesoło! Kolejny dzień bez trosk, bez odniesienia do rzeczywistości, jakby nasz pobyt w tym przepięknym i zarazem przerażającym miejscu nie miał końca.

Prognozy nie najlepsze, ale nastawienie dobre, w miarę się dobrze wszystko układa, mimo tego, że leje i jest mgła – ruszamy.  Sprawnie docieramy do naszej bazy na Prijucie, nasz kontener wewnątrz przy wejściu do metra zasypany śniegiem, nawiało przez szpary w drzwiach na szczęście już nie wieje, O zmierzchu już w śpiworach bo w planie wyjście o 3 w nocy. Powoli przy gwiazdach zdobywamy wysokość, plan trójek szybko się posypał ze względu na tempo poruszania się każdego z nas. W naszej ekipie jest też trójka „dziurkaczy”, z bazy wyszli wcześniej. Na siodło doszedłem pierwszy przecierając trasę w głębokim śniegu, tu postanowiłem poczekać na resztę ekipy, pogoda super!  Po dość długim oczekiwaniu doszedł Jano, na wierszynę ruszyliśmy razem, przed nami ściana około 50 stopni nachylenia, do trawersu daje się wyrypać na nartach, dalej w „koszkach”, grzbiet skalny i 100 metrów poręczówki, wypłaszczenie a w dali kopiec to nie wątpliwie szczyt, niemal że 1,5 kilometra górujący nad innymi. Gdzie się nie obrócisz patrzysz z góry. Na szczycie dość silny wiatr chce porwać plecak i narty, kilka fotek i na dół, zjazd był „małym piwem” przyjemnością choć sił brakowało, na ścianie spotykam dwójkę z ekipy ale pogoda już się  załamuje – chcą spróbować, dojeżdża Jano ruszamy dalej na trawersie Kasaya spotykamy następnych, odradzamy im  iść dalej ze względu na pogodę. Jednak idą, chcą dojść do siodła. Mozolny trawers który na podejściu nie miał końca przejechaliśmy w magicznym tempie. Na początku trawersu Kasaya spotykamy chłopaków, musieli zawrócić ze względu na chorobę wysokościową Toma, przepak jego plecaka i pędem na dół, w bazie poczuł się dużo lepiej, nie mniej to nie koniec kłopotów z chorobą wysokościową, w drodze powrotnej z siodła odcięło Arcziego. Dzień zakończyliśmy akcją ratowniczą na improwizowanym środku transportu w świetle latarek. Służby ratownicze może tam i istnieją, ale chyba dopiero wtedy jak opłaci się je z góry.  Na noc zostajemy w bazie na Prijucie, udaje mi się przekonać ekipę do podjęcia jeszcze jednej próby wejścia na szczyt, ale nie udaje mi się nikogo namówić na zjazd na dół do Azau na pysznego placka z mięsem w kształcie pieroga, piwko no i normalną toaletę, ruszam sam! W drodze powrotnej pogoda zmienna- słońce, mgła, śnieg a w gębie smak placka i piwa ..i jest ok. Prognoza na noc i dzień następny jakby bez zmian, ale nadzieja jest, tym razem wychodzimy o 2 w nocy. Mróz ponad 20 stopni i do tego przenikliwy wiatr. Jano odpoczywa, Arczi dochodzi do siebie, Franek nie zdecydował się na drugie wyjście, Smoku dziurkacz zawraca ze skał Pastuchowa ze względu na zimno, reszta człapie na nartach, przed trawersem Kasaya kopię jamę żeby chłopaki mogli odpocząć i schować przed mroźnym wiatrem. Już świt dzień zapowiada się piękny na horyzoncie wyróżnia się Użba, Kazbek i jest zimowo dookoła. Do siodła dochodzimy w miarę razem, mały rest i wchodzimy w ścianę idzie mozolnie, ale idzie, na szczycie czekam na wszystkich przychodzą pojedynczo, wspólne foty, widzę radość! 

alt

Ja również odczułem satysfakcję i cieszyłem się że większości ekipy udało się wejść na Elbrusa. Szczyt opuszczam ostatni, odcinek z poręczówką zjeżdżam bez wpinki. Stromo i twardo ale czuję się pewnie, tym razem grzbiet skalny przejeżdżam na nartach w mgnieniu oka, wylatuję na ścianę tam spotykam Toma i Bobika. Trzech z ekipy pojechało szlakiem letnim, zjazd długimi skrętami przy dobrej widoczności wyzwala radość, zgranie i sprawnie przelatujemy trawers Kasaya, a za naszymi plecami Elbrus w chmurach jak się okazało już na dobre. Od 4900 m.n.p. twarde kalafiory i żebra wypracowane przez wiatr, zjazd do bazy był wyczerpujący. W bazie meldujemy się o 12. Jeszcze tego samego dnia ewakuowaliśmy się na dół do Azau na placka, na piwo. Odniosłem wrażenie, iż miejscowi doskonale wiedzieli ze weszliśmy na szczyt. Myślę ze nasze zmęczone i czerwone od mrozu twarze a zarazem uradowane emanowały tą wieścią.

alt

Elbrus od początku roku do długiego weekendu majowego, na swoich zboczach i w szczelinach pogrzebał 30 osób!

Do odlotu mieliśmy jeszcze jeden dzień luzu, wybraliśmy się do gorących żródeł w Nalcziku.

Powrót do Polski jakby trochę w milczeniu, może to zmęczenie, może to rzeczywistość, do której wracamy.

Elbrus – polecam Arkady Dąbrowski

Poprawiony (poniedziałek, 15 września 2014 12:39)